Urodziłem się parę lat temu, w pewnym dosyć dużym polskim mieście. Mieszkam w nim cały czas. Mieszkam przy tej samej ulicy, cały czas. Dom mój, już od samego mego przyjścia przeze mnie na świat, przesiąknięty był gęstą, medyczną atmosferą. Trudno by było inaczej, jeśli pod jednym dachem ma się dwójkę lekarzy - własnych rodzicieli. Rodzicieli dosyć skutecznych w swym zawodzie i specjalnościach. W różnych dziedzinach medycyny siedzą. Jedno z Rodziców zajmuje się dzieciakami i tym, by rosły zdrowo i bezstresowo (pod względem zdrowotnym właśnie). Drugie natomiast trudni się ułatwianiem oddawania naturze, niepotrzebnych produktów przemiany materii w stanie ciekłym. Byli i są w tym dobrzy. Oby długo jeszcze byli. Reasumując - jestem lekarskim dzieckiem. Ciężko jest żyć w takim domu i nie pójść w ślady Rodziców. Nie! Nie mówię, że wszystkie lekarskie dzieci są skazane na medycynę. Oczywiście, że nie. Nie mniej większość moich 'studyjnych' koleżanek i kolegów to mimo wszystko dzieci właśnie z lekarskich domów. Przypadek?
Zawsze chciałem być lekarzem. Odkąd pamiętam rozpowiadałem o tym na prawo i lewo. Miałem co prawda chwilę słabości związaną z informatyką, ale na szczęście mi przeszło. Wybrałem medycynę. Po drodze oczywiście gimnazjum, liceum z klasą o profilu przyrodniczym. Matura i...i pierwsza kłoda. Nie poszło najlepiej. "Nieprzyjęty". Zabolało. Porażka, wstyd, rozgoryczenie. Perspektywa wojska? Szczęśliwie nie. Jedno z moich własnych Rodzicieli, również znalazło się kiedyś w tej samej sytuacji. Wiedzieli jak to smakuje. Nie studiowałem, miałem rok przerwy. Nie miałem przymusu studiowania byle czego tylko dla faktu samego studiowania. Dziękuję im za to. Uczyłem się sam. Łatwo nie było. Godziny, dni, tygodnie spędzone samotnie w domu nad książkami do fizyki i biologii. Czułem się samotny, nawet bardzo. Wszyscy znajomi zaczynali coś nowego - nowe miejsca, nowi ludzie, nowe wyzwania - studia po prostu. Jakże im zazdrościłem. Mówili, że źle robię nie podejmując jakichkolwiek studiów. Denerwowały mnie te słowa. Chciałem im i sobie udowodnić, że chcę, potrafię, że wręcz mi się to należy i że, jestem do tego stworzony. Wygrałem. Z rocznym poślizgiem, ale jednak, rozpocząłem naukę medycyny.
poniedziałek, 22 października 2007
sobota, 6 października 2007
Kim jestem? (część 1)
To, kim jestem, jak się nazywam i ile mam lat, jest zupełnie nieważne. To, gdzie mieszkam, pracuję, studiuję - po prostu żyję - jest również nieistotne. W miarę istotne (temu ten blog ma służyć) jest to, czym się zajmuję. Studiuję/poznaję/uczę się medycyny. Gdzieś i po coś. Właśnie o tym będę pisać. Mam nadzieję, że będziesz, Drogi Czytelniku, z chęcią śledzić stawiane przeze mnie małe kroki na tej, krętej, wyboistej, medycznej drodze. Kroków będzie dużo. W końcu jestem na samym początku tej właśnie drogi...
